O fetyszu czytelnictwa i cyfrowym onanizmie intelektualnym

By Bartek Czekała | Modele myślowe

Jedną z wielu małych radości, w jakich się lubuję podczas nauki języków obcych, jest poznawanie słów, które występują najczęściej tylko w danym języku. I tak w niemieckim mamy „schadenfroh”, czyli przymiotnik opisujący osobę, która jest szczęśliwa z powodu czyjejś krzywdy. W szwedzkim mamy „linslus” (dosł. pchła soczewkowa) — rzeczownik określający osobę, która namolnie dopomina się, żeby robić jej zdjęcia. Angielski z kolei zawiera frazę „pet peeve”, która charakteryzuje rzecz, na którą lubimy narzekać. Jest to na pewno słowo, którego rozpaczliwie potrzebujemy w języku polskim. W końcu to prawie jak nasz sport narodowy.

I mimo że sam nie jestem fanem narzekania, to nie odmówię sobie przyjemności posiadania moich własnych „pet peeves”. Jednym z nich jest bez wątpienia cały toksyczny świat samorozwoju. Poczynając od większości autorów, książek i na gównianych seminariach kończąc. Skundlenie tak pięknej idei, jak samorozwój, jest najlepszym dowodem na to, że każdą rzecz można skazić. Zacznijmy od tego, co mnie wkurza, jeśli chodzi o czytelnictwo.


DŁUGA HISTORIA FETYSZOWANIA KSIĄŻEK

Lata temu jeden z czytelników angielskiej wersji The Universe of Memory podesłał mi cyfrową wersję książki Isaaca Wattsa z 1821 roku o tytule „O ulepszeniu umysłu” (The Improvement of the Mind). Mimo że jestem dość sceptycznie nastawiony do wielu starych książek dotyczących samorozwoju i myślenia (filozofia stanowi wyjątek!), to postanowiłem ją zgłębić. Był to świetny wybór, ponieważ lwia część książki jest aktualna aż po dziś dzień. Szczególnie zapadł mi w pamięć następujący fragment dotyczący książek:

„Takie osoby ulegają pokusie, aby praktykować dwa rodzaje szaleństwa.

(1) Gromadzenie olbrzymiej ilości książek, mimo tego, że nie stać ich na nie, oraz wyposażanie nimi swoich bibliotek, mimo że nie ma to żadnego odzwierciedlenia w poziomie ich zrozumienia.

(2) A kiedy już zgromadzą na półkach te nieprzebrane skarbnice wiedzy, mają się za ludzi wiedzy i czerpią olbrzymią dumę z rozmawiania o sławnych autorach oraz o tematach, o których ci piszą, mimo że nie nastąpiła żadna prawdziwa poprawa ich umysłów dotycząca prawdziwej wiedzy czy nauki”.

W najlepszym razie ich wiedza nie wykracza poza spis treści lub indeksy oraz nie potrafią z rozsądkiem oceniać kwestii zawartych w tych książkach. I w rzeczy samej, ile by człowiek nie przeczytał tomów, jego zrozumienie wciąż będzie żałośnie ubogie, dopóki nie uczyni tego, co nabył, swoją własnością poprzez czytanie, rozumowanie, dogłębną analizę oraz zapamiętywanie."


NA CZYM POLEGA FETYSZOWANIE KSIĄŻEK

Vecteezy.com

Powyższy 200-letni fragment tekstu nie stracił ani trochę na aktualności. Jest to szczególnie widoczne wraz z końcem roku. Na każdym portalu społecznościowym widzę zalew postów lub artykułów, w których autorzy chwalą się przeczytaniem 50–70 książek rocznie. Jest to intelektualny odpowiednik wrzucania selfie z dekoltem lub wypchanego skarpetką zbliżenia krocza. To natrętne chwalipięctwo jest oczywiście skrzętnie zawoalowane zachętą innych do czytania większej ilości książek. Ja odbieram to zgoła inaczej. Posty te zlewają się w moim umyśle podczas próby ich odczytania w butny chichot typowego Janusza lub Karyny: „Hłe, hłe, hłe, a ty, tępy ćfoku, ile pszczytałeś? Ucz się od miszcza!”.

Wiem, wiem. Czytelnictwo w Polsce jest na niskim poziomie, więc każda zachęta do jego zwiększenia powinna być witana burzą bezkrytycznych oklasków. Ale na pewno nie z mojej strony. Nie jest to popularna opinia, ale trudno walczyć z własnymi odczuciami. Rozumiem, jeśli ktoś po prostu uwielbia czytać książki i pochłania ich mnóstwo rocznie, i nie obnosi się z tym. Nie mam absolutnie żadnego problemu z takim podejściem.

Ilość przeczytanych książek nie ma większego przełożenia na poziom wiedzy lub inteligencji.

Najlepszym dowodem jest przeczytanie pozostałych postów takich autorów. Jeśliby zrobić wymaz ich poziomu intelektualnego, to wacik byłby suchy. Pomijam tutaj wątek szybkiego czytania, ponieważ popełniłem o nim osobny artykuł „Szybkie czytanie to bzdura, czyli jak czytać szybko bez sztuczek”. Można je klasyfikować jako całą osobną odnogę tego fetyszu.


SZTUCZNA INTELIGENCJA I KOLEKCJONOWANIE WIEDZY ,,DRUGIM MÓZGIEM" JAKO PRZYKŁAD ONANIZMU INTELEKTUALNEGO

W starych, dobrych czasach fetyszyzm książek przynajmniej był elegancki. Można było wypełnić swoje regały setkami książek, z których nie przeczytało się nigdy przytłaczającej większości, a zapamiętało jeszcze mniej. Był to przynajmniej piękny widok, który cieszył serce i pozwalał udawać renesansowego myśliciela, nawet jeśli cała nasza znajomość domowej biblioteczki kończyła się na intymnej znajomości grzbietów książek, wyrobionej podczas ich odkurzania.

Obecnie osiągnęliśmy jednak nowy etap tego intelektualnego onanizmu. I nie jest on już ani estetyczny, ani elegancki. Jest wręcz karykaturą samorozwoju, bo do dawnego kolekcjonowania książek dołożyliśmy automatyzację, aplikacje, bazy danych, tagi, foldery, boty i całe cyfrowe katedry zbudowane z rzeczy, których nigdy nie przerobimy.

Coraz częściej widzę ludzi, którzy z dumą chwalą się, że wysyłają swoje boty w internet, aby te znalazły ciekawe artykuły, streściły je, otagowały, a następnie wrzuciły do ich bazy wiedzy. Brzmi pięknie. Brzmi jak rozwój. Oczywiście, jeśli ja bym stwierdził, że kolekcjonuję rowery, co czyni ze mnie zawodowego kolarza, to słusznie byś stwierdził, że prawdopodobnie jestem kretynem, którego karmiono zbyt często ołowianą łyżką w dzieciństwie. Inna osoba, która twierdziłaby, że jest stolarzem z racji tego, że kolekcjonuje meble, zostałaby skwitowana przez innych uśmiechem politowania.

Jakimś cudem osoby jednak kolekcjonujące wiedzę i artykuły, bez cienia skrępowania i żenady, uważają, że jest to odzwierciedlenie ich nieustającego rozwoju i rosnącej wiedzy. Do tego dochodzi ogromna popularność koncepcji „Second Brain”, czyli drugiego mózgu. Obsidian, Notion, Roam Research i inne programy tego typu pozwalają gromadzić notatki, artykuły, cytaty, linki, badania, przemyślenia i mapy połączeń między pojęciami. Sama idea nie jest zła. Wręcz przeciwnie — dobrze prowadzony system notatek może być niezwykle przydatny. Sama kategoryzacja wiedzy i tworzenie powiązań między informacjami mogą sprzyjać lepszej nauce. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś myli budowanie magazynu wiedzy z budowaniem wiedzy.

Zapisanie informacji w drugim mózgu nie oznacza, że trafiła ona do pierwszego.

Zakrawa na absurd, że tak wiele osób uznaje gromadzenie artykułów za coś zbliżonego do przyswajania informacji. To mniej więcej tak, jakby ktoś kupił atlas anatomiczny, pieszczotliwie ocierał się o niego trzy razy dziennie i zgłosił się do pracy jako neurochirurg. Można mieć tysiące zapisanych materiałów, setki podkreślonych cytatów i imponującą pajęczynę linków między notatkami, a mimo to nie umieć powiedzieć z głowy niczego sensownego na temat, który rzekomo się „opracowało”. Najlepszą metodą weryfikacji tej zależności jest odpytanie takich osób na żywo, czy to podczas wywiadu, czy podczas prywatnej rozmowy. Dopiero wtedy okazuje się, że król jest nagi.

Większość tych informacji nigdy nie zostanie naprawdę przyswojona. Nie dlatego, że ludzie są głupi, ale dlatego, że przyswajanie wymaga wysiłku. Trzeba przeczytać, zrozumieć, porównać z tym, co już wiemy, odrzucić bzdury, zapamiętać najważniejsze elementy, a potem jeszcze umieć je wydobyć z pamięci wtedy, gdy są potrzebne. Kliknięcie „save to database” nie spełnia żadnego z tych warunków. Jest tylko eleganckim odpowiednikiem wrzucenia kserówki ze studiów do szuflady.


CZY SZTUCZNA INTELIGENCJA TO REWOLUCJA W UCZENIU?

Shutterstock.com

Wbrew pozorom, sztuczna inteligencja nie zmieniła w tej kwestii tak wiele, jak wydaje się wielu osobom. Przed sztuczną inteligencją był internet. Nagle zyskaliśmy dostęp do większej części wiedzy świata. Czy ludzie zaczęli dzięki temu dużo lepiej myśleć? Czy stali się bardziej oczytani, bardziej precyzyjni, bardziej krytyczni i bardziej rozwinięci intelektualnie? Jest to, delikatnie mówiąc, kwestia sporna.

To, co bez cienia wątpliwości wykwitło, to efekt cyfrowej amnezji, nazywany również efektem Google’a. W dużym uproszczeniu polega on na tym, że jeśli wiemy, że dana informacja jest łatwo dostępna, to nasz mózg ma mniejszą motywację, aby ją zapamiętać. Zamiast pamiętać samą treść, zaczynamy pamiętać, gdzie można ją znaleźć. Nie pamiętamy odpowiedzi. Pamiętamy ścieżkę do odpowiedzi.

Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie. Po co zapamiętywać wszystko, skoro można to sprawdzić? Problem w tym, że myślenie nie odbywa się w próżni. Nie łączymy ze sobą informacji, których nie mamy w głowie. Nie tworzymy głębokich skojarzeń między rzeczami, które istnieją wyłącznie jako link w bazie danych. Nie przeprowadzamy sprawnej analizy, jeśli za każdym razem musimy zaczynać od szukania podstaw.

Przed internetem była prasa drukarska. Przed sztuczną inteligencją były wyszukiwarki. Przed Obsidianem były zeszyty, fiszki, katalogi biblioteczne i marginesy książek zapisane drobnym pismem. Zmieniały się narzędzia. Zmieniała się szybkość dostępu. Zmieniała się wygoda. Ale jedno nie zmieniło się nigdy: wąskim gardłem nadal jest nasza zdolność do przyswajania informacji oraz łączenia ich w użyteczne schematy. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa nauka.

Przeczytanie dzieł Kanta nie czyni ciebie fifą-fafą polskiej inteligencji, w przeciwieństwie do ich dogłębnego zrozumienia i przyswojenia.


NA CZYM POWINNA POLEGAĆ NAUKA

Każdej osobie, której naprawdę zależy na rozwoju, inteligencji, myśleniu i ekspertyzie w danej dziedzinie, powinno zależeć nie na samym gromadzeniu informacji, ale na ich aktywnym przyswajaniu. Nie chodzi o to, aby mieć największy cyfrowy śmietnik w promieniu trzech kontynentów. Chodzi o to, aby coraz więcej ważnych informacji stawało się częścią naszego aparatu poznawczego.

Szybsze gromadzenie wiedzy przy pomocy nowych technologii oznacza tylko i wyłącznie, że możesz teraz nie uczyć się jeszcze szybciej niż wcześniej.

Ładnie brzmiący „drugi mózg” często staje się w praktyce wymówką dla pierwszego mózgu. Zamiast pamiętać, rozumieć i umieć coś wyjaśnić, człowiek zaczyna mówić: „Mam to gdzieś zapisane”. To samo oczywiście tyczy się również wcześniejszych wersji tej koncepcji — w końcu notatki, zeszyty czy książki to również swoisty drugi mózg, tyle że analogowy.

Mylenie pasywnej znajomości danej dziedziny, a więc zdolności do rozpoznania informacji, z aktywnym wydobywaniem jej z pamięci jest podstawą iluzji wiedzy, o której pisałem w artykule „Iluzja wiedzy”. Możesz czytać zdanie i czuć, że je rozumiesz. Możesz patrzeć na wykres i mieć wrażenie, że wszystko jest jasne. Możesz przeglądać swoje notatki i czuć przyjemne ciepło intelektualnego spełnienia. Ale dopiero wtedy, gdy zamkniesz książkę, wyłączysz ekran i spróbujesz samodzielnie coś odtworzyć, zaczyna się brutalna weryfikacja.

Z racji tego, że jest to moja praca, nieustannie słyszę od osób, którym pomagam, że w pewnym momencie czara goryczy się przepełniła. Wydawało im się, że mają informacje z danej dziedziny, bo non stop o niej czytają albo oglądają filmiki na YouTube. Jednak gdy przychodzi do szczegółowego wyjaśnienia jakiegoś mechanizmu drugiej osobie, aby przekonać ją do swoich racji, w głowie pojawia się pustka. Zaczyna się niezręczne dukanie, a zamiast popisu erystyki, mamy manifestację niewiedzy.

Dopiero wtedy okazuje się, że za fasadą tej iluzorycznej wiedzy zostały trzy pojęcia, dwa luźne skojarzenia i jedno zdanie, które brzmiało mądrze, ale nie jesteśmy już pewni, co właściwie znaczyło.

Nie chodzi oczywiście o piętnowanie notatek czy gromadzenia wiedzy.

Tak naprawdę jest to absolutna podstawa dalszego przyswajania informacji. Jeśli nie masz gdzieś zapisanej wiedzy, to ciężko potem wejść z nią w interakcję, zacząć ją kodować, internalizować, tworzyć rozumienie, a na końcu wdrażać.

Jeśli chcesz naprawdę rozwijać swój umysł, musisz przenieść część tej wiedzy z cyfrowego magazynu do własnej głowy. Inaczej będziesz tylko kolekcjonerem cudzych myśli, który od czasu do czasu przechadza się między półkami własnej bazy danych i wzrusza się nad tym, jak imponująco wygląda jego potencjał.


PRIORYTETYZUJ ILOŚĆ PRZYSWOJONYCH INFORMACJI, A NIE PRZECZYTANYCH KSIĄŻEK

mymoneyspoke.com

Nieważne, czy mówimy o książkach, artykułach czy też studiach — nauka nie jest łatwa. Wymaga ona nie tylko zapamiętania faktów oraz zrozumienia, jak się ze sobą łączą, ale również ich krytycznej analizy oraz — idealnie — zastosowania ich w życiu. Jest to proces czasochłonny i powinien trwać tyle, ile ma trwać. Ani krócej, ani dłużej.

Często przerobienie książki lub długiego badania naukowego zajmuje mi długie tygodnie. Szczegółowość niektórych prac z medycyny czy pamięci jest tak duża, że kończę naukę po jednej stronie.

Przykładowo, przerobienie wspaniałej książki „Choroby włosów i owłosionej skóry głowy” pod redakcją Ligii Brzezińskiej-Wcisło zajęło mi bodajże 2 miesiące. Aż tak złożone dla mnie było to czytadło. Jednocześnie, biorąc pod uwagę to, że na bieżąco czytam, analizuję oraz zapamiętuję literaturę z tej dziedziny, byłem w stanie krytycznie podejść do niektórych informacji zawartych w tej książce. W międzyczasie wyszły po prostu nowe badania, które uzupełniły lub zdewaluowały niektóre informacje zawarte w tej książce.

Zamiast więc przerzucać strony książki, operując nadgarstkiem z werwą kolesia w prochowcu przy plaży nudystów, warto zatrzymać się nad każdą ciekawą informacją lub cytatem i ją przyswoić.

Wcale nie musi to zajmować nie wiadomo ile czasu. Po prostu ściągnij ANKI i zacznij wprowadzać tam wiedzę, która Cię zaciekawiła. Warto po prostu pamiętać o mojej mantrze:

Czytanie, to nie nauka. Nauka, to nie czytanie.

Odseparuj te czynności, aby nie zwiększać niepotrzebnie obciążenia kognitywnego. Najpierw przeczytaj przykładowo jeden rozdział lub określoną liczbę stron, zaznaczając interesujące Cię fragmenty, a następnie przerzuć je do ANKI. Następnie obrób je oraz zapamiętaj. Tylko w ten sposób będziesz mieć gwarancję, że Twoja wiedza będzie się sukcesywnie zwiększać.

Jeśli czytasz, aby zdobyć wiedzę i zmienić życie swoje lub swoich bliskich, to mogę ci zagwarantować, że

szczegółowe przyswojenie wiedzy z jednej grubej i napakowanej informacjami książki będzie miało potencjalnie większy wpływ na całe twoje życie niż odklepanie po łebkach dwudziestu z nich.

Świadomość ta powinna być absolutnie wyzwalająca. Nie potrzebujemy większej ilości książek — potrzebujemy przyswajać informacje i zamieniać je w wiedzę.


  • Piotr pisze:

    „przyswajanie wymaga wysiłku” – łączy się ono z moją wiedzą z „pierwszego mózgu”, że zdrowie również wymaga wysiłku czyli ciągłego wychodzenia ze strefy komfortu.

  • Krzysiu pisze:

    Dzięki Bartek, że wróciłeś do pisania bloga. Niby człowiek to wszystko już wie ale można się czasem zapętlić w zbieraniu informacji i wejść w ciemne zakamarki iluzji wiedzy. Od lat jesteś dla mnie inspiracją do ciągłego uczenia się i pogłębiania posiadanych już informacji. Trzymam kciuki żebyś znalazł czas na kolejne wpisy.

    • Dzieki wielkie Krzysiu! Ewidentnie czuję potrzebę. Bardzo dużo ostatnio piszę, więc myślę, że będą się regularnie pojawiać artykuły. Na pewno pomogło mi to, że stwierdziłem ostatecznie, że mam gdzieś pozycjonowanie SEO i tym podobnym bzdury. Artykuły mają być po prostu ciekawe i tyle. Pozdrawiam!

  • Emily pisze:

    Niezmiennie od dwóch lat uwielbiam czytać pańskiego bloga! Odkąd uświadomiłam sobie powyższe na bazie poprzednich pańskich wpisów to nie przeczytałam w tym okresie żadnej książki i paradoksalnie moja wiedza o świecie i wszelkich interesujących mnie rzeczach zwiększyła się do takiej objętości, że aż czasami nie dowierzam sama sobie. Kluczem jest intecjonalne wyszukiwanie rzeczy, które chcielibyśmy zrozumieć i przyswoić a nie czytanie wpółśnie dwusetnej książki 🙂 Dzięki wielkie! I proszę pie***lić to seo sreo 😀 jest Pan super

    • Straszmoe sie ciesze. Naprawdę ciężko nie zauważyć szybko owoców takiego podejścia. W pełni się zgadzam a propos seo sreo. W pewnym momencie, to na pewno przycyznilo sie do wypalenia, jesli chodzi o pisanie. Nigdy wiecej 🙂
      PS Ja jestem po prostu Bartek na przyszłość 🙂

  • powerpotato99 pisze:

    Bardzo inspirujący wpis. Daje ulgę, że wiedzę można zdobywać, a nie, że ona sama wpada do naszej głowy. Dobrze, że wspomniałeś, ile Tobie zajmuje przerobienie książki, ponieważ przeciętny czytelnik mógłby wpaść w pułapkę typu „ah, on to pewnie czyta i przerabia wszystko max tydzień, a gdzie ja mam czas, aby siedzieć nad jedną książką”.

    Muszę też nadmienić, że to, co piszesz, ma sens z punktu widzenia zapamiętywania wiedzy, ale książki mają też inne funkcje, które są ważne zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie internet i narzędzie typu AI zachęcają do lenistwa – pobudzenie wyobraźni; odkrycie, że czegoś nie wiem; odprężenie; eskapizm. Tak tylko przypominam wszem i wobec, aby nie zafiksować się, że książki to tylko źródło wiedzy 🙂

    dzięki za wpis!

  • >
    Polityka prywatności

    Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i pełnią funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową oraz pomaganie naszemu zespołowi zrozumieć, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne. Więcej przeczytasz w Polityce prywatności.