Jedna książka może zmienić Twoje życie

By Bartek Czekała | Nauka i przyswajanie wiedzy

Żyjemy w świecie wiecznego FOMO (fear of missing out), czyli strachu, że coś nas ominie. Z każdej strony wyskakuje coś, czego rzekomo nie można przegapić. Nowa książka. Nowy artykuł. Nowy film. Nowy podcast. Nowy short. Nowy trend. Nowe badanie. Nowy człowiek, który w 38 sekund wyjaśni Ci sens życia, gospodarki oraz etykę oddawania gazów przy stole w eleganckiej restauracji.

Wszystko to trzeba zobaczyć natychmiast, bo inaczej wypadniesz z obiegu. Nie będziesz na czasie. Nie będziesz wiedzieć, o czym mówi internet. Nie będziesz rozumieć memów, trendów, dyskusji i kolejnego zbiorowego szczytowania werbalnego, które za trzy dni zostanie zastąpione następnym (patrz: Dlaczego powinieneś przestać czytać wiadomości).

Nasz świat jest zdominowany przez dopaminę, która często nazywana jest hormonem „więcej”. Więcej treści. Więcej postów. Więcej filmów. Więcej shortów. Więcej przewijania. Więcej nowych autorów. Więcej nowych narzędzi. Więcej aplikacji. Więcej inspiracji.

Więcej, więcej, WIĘCEJ.

To samo tyczy się szeroko pojętego czytelnictwa i jego fetyszyzowania. Książek ma być jak najwięcej. Osoba, która czyta ich 50 rocznie i nie omieszka o tym wspomnieć każdej osobie, która przetnie jej ścieżkę, patrzy z pogardliwym pobłażaniem na resztę społeczeństwa. Ta, czytająca ich 60, góruje, według swojego ego, nad tym, kto przeczytał ich 50. Drabina próżności pnie się w stronę niebios.


NIE DA SIĘ WYKĄPAĆ W KAŁUŻY WIEDZY

Ben Hickey

Istnieje mnóstwo książek płytkich, wtórnych, rozwleczonych i napisanych tak, jakby autor dostał zaliczkę, deadline i próbował rozpaćkać werbalne rozwolnienie na jak największej liczbie stron. Niestety, takich książek jest coraz więcej. Statystyki pokazują, że liczba opublikowanych książek na Amazonie od opublikowania pierwszej wersji ChatGPT wzrosła ponad 4-krotnie.

Należy oczywiście unikać takich pozycji. Często wystarczy zaledwie parę przeczytanych stron, aby wiedzieć, czy ma się do czynienia z dziełem, czy też z intelektualną wydmuszką.

Jeśli natrafisz jednak na książkę co najmniej dobrą czy też wybitną, powinieneś traktować ją jako ocean wiedzy. Książkami takimi należy się delektować i spijać informacje oraz mądrość z każdej strony. Czytanie ich na wyścigi, jeśli celem jest rozwój, przemienia je w kałużę wiedzy.

W oceanie jesteś w stanie się zanurzyć, aż dotknie on każdej części twojego ja. Ciężko zrobić to z kałużą. Możesz przez chwilę poczuć wilgoć na kostkach i udawać, że obcujesz z głębią.


KSIĄŻKI POZWALAJĄ POŻYCZYĆ DEKADY MĄDROŚCI  OD INNYCH

Książki są jednym z nielicznych sposobów, aby pożyczyć od kogoś dekady mądrości w krótkim czasie.

Często w przypadku książek co najmniej bardzo dobrych mamy do czynienia z sytuacją, gdy autor przez wiele lat, często nawet dekady, badał dane zagadnienie, testował hipotezy, opisywał je, a następnie spróbował zamknąć je w papierowej klatce.

Współczesny czytelnik ma całą tę mądrość w zasięgu ręki. Jaki jest często efekt? Wartko przerzuca strony i po paru godzinach stwierdza — fajrant: „Przeczytana. Czas na następną.” Zawsze wydawało mi się to potwornie obraźliwe wobec wartości, która leży przed nami.

Człowiek modli się, aby natrafić na źródło mądrości, a kiedy już się przy nim znajdzie, zamiast z niego pić, podmywa sobie nim dupę. Znajduje drzwi do kościoła wiedzy i po przekroczeniu progu zaczyna pluć na ołtarz i smarkać w zasłony.


MARTWY MENTOR TO TEŻ MENTOR

AI Brodax

Jest to tym większy paradoks, ponieważ wiele ambitnych jednostek zaklina się, że posiadanie mentora mogłoby absolutnie zmienić ich życie. Wzgardzają oni jednocześnie szwedzkim stołem wyborów, autorytetów oraz dzieł, które stworzyli. Martwy mentor to też mentor. Czasami nawet lepszy, bo ciężko o to, aby cię zawiódł.

Co więcej, jego wartość została już przetestowana przez czas. Jeśli o jakimś autorze mówi się po 50, 100, 300 albo 2000 latach, to prawdopodobnie nie dlatego, że był świetnym marketingowcem. Jego myśli przetrwały, bo okazały się wystarczająco mocne, precyzyjne albo uniwersalne, aby kolejne pokolenia wciąż do nich wracały.

Istnieje nawet tak zwane prawo Lindy’ego, które opisuje to zjawisko.

Mówi ono, że w przypadku rzeczy trwałych kulturowo lub intelektualnie — np. książek, idei, technologii, metod, teorii, marek — im dłużej coś już istnieje, tym większa szansa, że będzie istnieć dalej.

Jeśli wszyscy zachwycają się Beatlesami dekady po ich ostatniej płycie, to istnieje olbrzymia szansa, że zachwyt ten będzie trwał i za 50 lat. Jeśli dzieła Arystotelesa, Platona czy Biblia są wciąż doceniane we współczesności, to istnieje bardzo mała szansa, że za tysiąc lat się to zmieni.


JEDNA KSIĄŻKA MOŻE ZMIENIĆ TWOJE ŻYCIE

Jeśli czytasz po to, żeby się zmienić, aby się rozwijać, aby zdobyć mądrość i rozszerzyć wiedzę, to powinieneś przestać traktować książki jak kolejne trofea. Można przeczytać 100 książek i dalej być dokładnie tą samą osobą, tyle że starszą i bardziej zgorzkniałą.

Nawet jedna gruntownie przerobiona książka jest w stanie zmienić Twoje życie.

Twoim problemem nie jest zapewne brak kontaktu z wiedzą. Jest nim jej powierzchowność.

Książka zaczyna działać dopiero wtedy, gdy jej treść zostaje przetworzona, zapamiętana, przemyślana i zastosowana. Zastosowanie jest tu szczególnie ważne, choć i najtrudniejsze. Z książką i jej autorem można dyskutować i zadawać ciężkie pytania:

„Co to właściwie oznacza dla mnie?”. „Co powinienem zmienić?”. „Jakie zachowanie ta wiedza obnaża?”. „Jak wpływa to na moje postrzeganie świata?”.

Bez nauki czytanie może stać się elegancką formą prokrastynacji. Jeśli przyswajanie informacji interesuje Cię szerzej, to polecam artykuł o prostym modelu ich przyswajania. Prawdziwa nauka nie polega na dokładaniu kolejnych warstw informacji, tylko na przebudowie naszego myślenia i tym samym życia.

Nie oznacza to, że zmiany muszą nastąpić szybko po gruntownym przerobieniu książki. Czasami cała ta wiedza jest niczym ziarno zasadzone w glebie. Gdy przyjdzie odpowiedni moment, zacznie ona kiełkować, a razem z nią rosnąć będziesz Ty.



KSIĄŻKA, KTÓRA ZMIENIŁA MOJE ŻYCIE

Moje własne życie świetnie obrazuje sens tego artykułu. Jedną z pierwszych książek, które rzeczywiście odcisnęły na mnie swoje piętno, był „Czterogodzinny tydzień pracy” Tima Ferrissa. Nie miałem wtedy, oczywiście, w zwyczaju wysysania wiedzy z książek. Większość niesamowitych lekcji, które zostały w niej umieszczone, umknęła mojej uwadze i pamięci. Dopiero lata później wróciłem do niej, aby je zapamiętywać.

Była jednak swoistym impulsem, była inspiracją, że życie może być naprawdę fascynujące. Może być niekończącą się przygodą. Nie musi oznaczać smutnej pracy biurowej i powolnego usychania w oczekiwaniu na emeryturę.

Inspiracja jest niesamowicie ważna, lecz mimo to książka ta w żaden sposób nie wpłynęła bezpośrednio na moje życie. Nie wpłynęły na nie również dziesiątki innych pozycji, które przeczytałem od tamtej pory. Nie byłbym zapewne nawet w stanie przytoczyć nazwy większości z nich.

Wszystko zaczęło się zmieniać w momencie, w którym zacząłem traktować przyswajanie wiedzy śmiertelnie poważnie. Wybrzmiewa w tym echo myśli Charlesa Bukowskiego:

„Czekałem, aż wydarzy się coś niezwykłego. Ale z biegiem lat nic takiego nigdy się nie wydarzyło — chyba że sam to spowodowałem.”

Pierwszą książką, do której naprawdę przyłożyłem się w życiu, była książka Harry’ego Lorayne’a o technikach pamięciowych pt: "Superpamięć dla uczących się". Było to o tyle łatwe, że jest to temat, który niejako trzeba wdrożyć praktycznie, aby zrozumieć użyteczność tych metod. Nie było to dzieło w żaden sposób wybitne.

Niemniej zmiana podejścia wywołała realne zmiany w moim życiu. Zacząłem niejako żyć tematem pamięci i przyswajania informacji.

Po latach koncentracji mojej uwagi na mnemotechnikach doszedłem do ściany. Zrozumiałem, że nie jest to narzędzie w żaden sposób uniwersalne i muszę je w dużej mierze porzucić. Wątpliwości i głód wiedzy sprawiły, że w moje ręce wpadła książka, która absolutnie mnie przerażała: Gillian Cohen — „Memory in the Real World”. Było to opasłe tomisko, które miało ponad 400 stron wypełnionych po brzegi małą czcionką. Nie było tam żadnego lania wody, barwnych opowieści ani szeroko pojętej pustki intelektualnej.

Znajdowały się za to w niej mechanizmy dotyczące praktycznie każdego aspektu zapamiętywania i przyswajania informacji, szczególnie w kontekście praktycznym. Choćbym chciał, nie dało rady przeczytać jej szybko. Każda strona wywoływała olbrzymie napięcie w mojej głowie, przemieszane ze strachem. Fraza „Jestem zbyt głupi, żeby to wszystko zrozumieć i przyswoić” zastąpiła w moich myślach poranny alarm.

Brnąłem jednak przez nią, strona po stronie. Każda była naznaczona piętnem dziesiątek fiszek elektronicznych, które pieczołowicie umieszczałem w programie i następnie przyswajałem. Proces ten trwał długie miesiące. Z perspektywy czasu nie jestem pewien, jak długo dokładnie. Wydaje mi się, że były to okolice 3 lub 4 miesięcy. Nie miało to, oczywiście, znaczenia.

Było dla mnie jasne, że człowiek, który rozpoczął czytanie tej książki, był martwy, gdy w głowie wybrzmiewały finalne słowa ostatniej strony. Z tych prochów powstała jego lepsza wersja.

Od tamtej pory nie czytam już książek w żaden inny sposób niż poprzez zapamiętywanie wszystkiego, co mnie choć trochę interesuje, oraz obrabianie tej wiedzy na dziesiątki różnych sposobów.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że ilość książek, a także ilość przeczytanych książek, jest najgorszą możliwą miarą rozwoju w porównaniu do ilości i jakości przyswajanej wiedzy.

Być może artykuł ten będzie tą iskrą, która sprawi, że i Ty zmienisz swoje podejście.

I kto wie? Może z ostatniej strony sumiennie przerobionej i przyswojonej przez Ciebie książki wyłoni się nowy, lepszy człowiek. Wtedy nic już nie będzie takie samo.


(4) comments

Add Your Reply
>